11 Rajd Prudnik - Pradziad

11 Rajd Prudnik – Pradziad 
6 sierpnia 2022
60 km górskiej wędrówki przez szczyty Gór Opawskich i Jeseników, 3000 metrów stromych podejść, 1850 m zejść w doliny. Połowa trasy w ulewnym deszczu, błocie i wietrze, druga część wyrypy we mgle, słońcu a nawet z widoczkami i znikającą wieżą na Pradziadzie. To tylko kilka słów opisujących tegoroczną jedenastą już edycję Rajdu Prudnik - Pradziad. Charakter tego wydarzenia, tworzący go ludzie sprawia, że uczestniczę w nim każdego roku od początku istnienia, a więc od 2011 r. 😊
Na czym polega ultramaraton? Idea od początku istnienia maratonu jest taka sama. Uczestnicy skoro świt wyruszają z nisko położonego Prudnika (270 m) by szlakami przez szczyty Gór Opawskich i Jeseników pokonać 60 km wyznaczoną trasę na najwyższą górę Sudetów Wschodnich – Pradziada (1492 m). Po drodze uczestnicy zmagają się z trudnościami trasy, przede wszystkim z przewyższeniami, które w tym roku wynosiły niemal 5000 m (w górę i w dół łącznie). Czas na pokonanie dystansu wynosi 15 h. Jednak wędrówka to nie tylko trudności to przede wszystkim widoki jakimi mamy okazję zachwycić się podczas marszu. Krajobraz na trasie ciągle się zmienia, bo zaczynamy od pagórkowatych okolic Prudnika, potem pokonujemy wyższe bezleśne szczyty Gór Opawskich z trawiastymi stokami i rozległymi panoramami by końcówkę trasy pokonywać już wśród krajobrazu gór wyższych – Jeseników i piąć się wzdłuż górskiego potoku spadającego ze skał. Niestety w tym roku z racji pogody pierwsza najbardziej widokowa część trasy zupełnie nie oddała swojego potencjału. Zamiast pięknych panoram mieliśmy szarość a pod stopami wodę i błoto. Szkoda, ale postaram się w relację wrzucić fotki z kilku najbardziej widokowych miejscówek co było było gdyby świeciło słońce. Troszkę pięknych widoków zafundowała jednak końcówka gdy wieża i szczyty chowały się i ukazywały we mgle podświetlonej wieczornym słońcem. 😊


Chcąc „przeczekać” deszcz na start wychodzimy z domu dopiero po 5. Miejsce startu znajduje się w schronisku młodzieżowym „Dąbrówka”. Tam po zapisaniu się i grupowym zdjęciu startowym ze znajomymi ruszamy o godz 5:25. Większość uczestników ruszyła znacznie wcześniej, trzeba będzie więc ich gonić. Ulicami Prudnika opuszczamy miasto, od początku mamy na sobie płaszcze przeciwdeszczowe, deszcz nawet na chwilę przestaje padać i mamy nadzieję, że może już po deszczu? Ale gdy wychodzimy za miasto nagle robi się coraz ciemniej, słychać grzmot no i zaczyna się ulewa. W butach mam już mokro. Po raz pierwszy na rajdzie początkowy odcinek pokonujemy żółtym szlakiem do Łąki Prudnickiej, który wiedzie polną drogą setki razy przemierzaną przeze mnie rowerem. To widokowy odcinek, tu pewnie były ładny wschód słońca nad miastem… byłby.

 Przechodzimy przez Łąkę Prudnicką, za wsią znów na pola, ziemia zdążyła już namoknąć wodą, robi się błotniście i ślisko. Wspinamy się na pierwsze wzniesienie na trasie – Trupina (331 m), potem podążamy jej grzbietem przez łąki. Stąd roztacza się jedna z najpiękniejszych panoram w Górach Opawskich… ale nie dziś… no ale fotkę sobie zrobiliśmy.






a mogło być tak... 😛

 W Wieszczynie zmieniamy kolor szlaku na czerwony i ponownie wychodzimy na widokowe pola. Tutaj oprócz ulewnego deszczu do walki przeciw wędrowcom dołącza silny wiatr… pada z każdej strony, nawet od dołu, podwija płaszcze przeciwdeszczowe. Buty mam już tak mokre, że mogę wylewać z nich wodę, nie patrzę więc już gdzie idę, a na odcinkach trawiastych czyszczę rosą buty z błota. Byki z daleka patrzą na nas spod byka, a my z Młyńskiej Góry schodzimy do Moszczanki, przez teren łowiska, pod wiaduktem kolejowym tranzytowej czeskiej linii kolejowej i jesteśmy w Pokrzywnej.



 Czerwonym do niebieskiego, a niebieskim do Cichej Doliny, dalej w górę Bystrego Potoku, który mimo ulewy bystry nie jest wspinamy się przez drabinkę w Gwarkowej Perci do żółtego szlaku. Nim docieramy do Schroniska pod Biskupią Kopą. W schronisku postanawiamy dłużej odpocząć z ekipą, w końcu tu ciepło, nie wieje no i sucho…







 Mija dobre pół godziny, trzeba ruszać, we mgle i deszczu zdobywamy wierzchołek Biskupiej Kopy, jedno z 5 najtrudniejszych podejść pokonane, poszło łatwo, na liczniku 22 km. Teraz czeka nas zejście, zielonym szlakiem stromo schodzimy do Zlatych Hor, trzeba uważać by nie wyrżnąć orła na śliskich kamieniach. W okolicy Krwawej Góry z kaplicą św. Rocha deszcz słabnie, pada już tylko mżawka, a widoczne szczyty w oddali zaczynają parować, choć ich wierzchołki nadal są we mgle.








 Przechodzimy przez miasteczko Zlate Hory podążamy w kierunku nieczynnego ośrodka narciarskiego, wchodzimy na żółty szlak, jesteśmy w masywie Příčnego Vrchu, przed nami podejście wzdłuż stacji drogi krzyżowej do sanktuarium Maria Hilf, po drodze deszcz praktycznie ustaje, zrzucam z siebie w końcu płaszcz przeciwdeszczowy! Przy sanktuarium jest połowa trasy, a więc 30 km za nami i tyle samo przed nami. Organizatorzy przygotowali tutaj punkt kontrolny z gorącą herbatą i czymś na rozgrzanie 😁 Trzeba więc chwilę odpocząć, coś przekąsić, nawodnić organizm, pogadać. Z kościelnych głośników płyną czeskie pieśni religijne, dziś było tam dość tłumnie, trwała jakaś uroczystość.






 Wypoczęci ruszamy więc na drugą część trasy, znów wchodzimy w strefę mgły i widoczności na kilka metrów, gdyby była ładna pogoda za plecami mielibyśmy Zlate Hory i Biskupią Kopę, tam gdzie przed chwilą byliśmy. Zdobywamy grzbiet najwyższego szczytu Gór Opawskich – Příčnego Vrchu, a po zdobyciu czas na zejście w dolinę. 



a mogło być tak 😛 




„Mglistymi „połoninami” schodzimy niebieskim szlakiem do urokliwej wsi Horni Udoli z okazałym kamiennym kościołem św. Jana Chrzciciela. Po drodze mijamy też kilka zapadliska po wydobyciu złota oraz odbudowaną kaplicę św. Anny ze szklanym dachem, niegdyś górniczego miejsca pielgrzymkowego.

a mogło być tak 😛









 Za Hornim Udolim pniemy się w górę krętą drogą pośród górskich łąk, za nami Pricny Vrch w połowie schowany we mgle. Z plecaka wyciągam lustrzankę, w końcu. 😂 Po przekroczeniu Černej Opavy żegnamy Góry Opawskie, geograficznie jesteśmy już w Jesenikach. Teraz przed nami jedno z najbardziej stromych podejść na trasie – na Zamecky Vrch (934 m) z ruinami zamku z XIII w. - Koberštejn. Początkowo wiedzie ono przez trawiaste wyręby, góry parują, żółte trawy, mgły tańczą ładnie to wygląda. Końcówka podejścia biegnie kamienistą ścieżką przez las świerkowy. Jest chłodno, mokro, wejście idzie nam całkiem sprawnie.



















 Ze szczytu schodzimy zielonym szlakiem do Opavskiej chaty – domku myśliwskiego, po drodze przez mgłę przedziera się słońce. Las zaczyna parować, promienie odbijają się we mgle, robi się ładnie.






 Następnie wkraczamy w Pasmo Orlika, najdzikszą i rozległą część Jeseników. Tutaj także czekają nas dwa solidniejsze podejścia, pierwsze stokiem Orlika, drugie pod szczyt Jelení loučky (1205 m) tradycyjnie przez bagienka. Mimo długich dzisiejszych opadów nie jest tu bardzo mokro, susza.



Na rozdrożu pod Lysym Vrchem uczestnik może wybrać wariant trasy, którym będzie pokonywał finałowy odcinek. Są dwie opcje do wyboru - łatwiejsza przez przełęcz i szczyt Małego Dziada i trudniejsza niebieskim szlakiem z zejściem w dolinę do Beli – większymi przewyższeniami i dłuższą o 3 km. Sporo uczestników wybrało opcję łatwiejszą, ja od początku myślałem o tej trudniejszej i tylko złe samopoczucie lub nadal padający deszcz mógłby mi przeszkodzić. A że czuję się świetnie, deszcz nie pada to ruszamy na opcję trudniejszą. Uczestnicy rajdu po raz ostatni wędrowali tędy podczas 9 edycji w 2019 r. a wcześniej trzeciej edycji w 2013 r. zatem nie często zaglądamy tu idąc z Prudnika. Drugim czynnikiem motywującym jest to, że trasa jest bardziej malownicza od łatwiejszego wariantu.





Bardzo stromo schodzimy do Beli, w miejscowości przekraczamy Białą Głuchołaską i rozpoczynamy finałowe podejście na Pradziada. W nogach 50 km, do szczytu pozostało już tylko 10 km i niemal 1000 m podejścia. Tak więc rozpoczynamy zmaganie ze „ścianką”, wspinamy się wzdłuż Studennego Potoku. Górski strumień tworzy tutaj kilka malowniczych wodospadów, jest kilka mostków, a szlak nieco przypomina piękną trasę Doliną Bilej Opavy z Karlovej Studanki. U wylotu z doliny znajduje się najpiękniejszy z wodospadów - Vysoký vodopád zwany Jesenicką Niagarą z racji, że jest najwyższym wodospadem w Jesenikach. Woda spada tu z wysokości 28 m. Niestety z powodu suszy i małej ilości wody w potoku wodospad tym razem nie wygląda efektownie.













a w wodospadzie było za mało wody i mogło być tak 😁

Za wodospadem wychodzimy z doliny, podejście tutaj jest najbardziej strome, a szlak prowadzi zakosami z poręczami i mostkami, tempo tutaj nam znacznie spada. Później szlak wypłaszcza się w okolicy szczytu Małego Dziada, docieramy do schroniska górskiego - Švýcárna, do celu dosłownie już tylko kilka kroków. Jest widoczny, ale co chwilę znika we mgle.








 Teraz do mety wędrujemy już po asfalcie, zostało 3,5 km w górę. Przed sobą mamy potężną sylwetkę 143 metrowej wieży, która co chwilę pojawia się i znika w przewalających chmurach. Za nami pomiędzy chmurami ukazują się odleglejsze widoki. Jednak jest przenikliwie zimno, szybko więc podążam do mety. W końcu po 60 km, 14 h i 16 min wędrówki szczyt Pradziada jest mój! Czas znów gorszy niż w poprzednich latach… :P













z siostrą

Do godz 20 kolejny uczestnicy zdobywają szczyt i kończą rajd. Po godz 20 rozpoczyna się oficjalne podsumowanie rajdu wręczenie certyfikatów uczestnikom i nagrodzenie niewielkimi upominkami uczestników „naj”. Ze 159 zapisanych 144 osób ruszyło na trasę, na metę udało dotrzeć się 111 uczestnikom rajdu. 33 osoby zrezygnowały na trasie. Tegoroczne rezygnacje spowodowane były głównie warunkami pogodowymi na pierwszej części trasy. Sporo osób docierało na Biskupią Kopę i tam przerywało rajd.



A po zakończeniu, wspólna fotografia zdobywców Pradziada i ruszamy w dalszą drogę… schodzimy do oddalonej o niemal 4 km Ovcarny na autobus powrotny.





I choć każdego roku maraton polega na tym samym to za każdym razem jest inny. Bo choć start i meta ciągle jest w tym samym miejscu to trasa, zmieniający się krajobraz, pogoda, towarzysze wędrówki i rozmowy ciągle są inne. Wędrówka to nie tylko zmaganie się z bólem, zmęczeniem, podejściami i zejściami. To także a przede wszystkim atmosfera, rozmowy i spotkania podczas wędrówki, widoki, zdjęcia, to właśnie one utrwalają się w pamięci. Aby nie było nudno organizator  też każdego roku zmienia przebieg trasy i wyszukuje odcinki szlaków, którymi uczestnicy rajdu jeszcze nie wędrowali.



Tegoroczna edycja była dość specyficzna z racji pogody, 12 letniej historii imprezy ta była pogodą najgorszą, bo jeszcze nigdy na tym rajdzie połowy trasy nie wędrowaliśmy w deszczu.😁 Oczywiście deszcz zdarzał się czasem na poprzednich edycjach, czasem zaczynaliśmy w deszczu, czasem kończyliśmy, czasem przeczekiwaliśmy burze pod wiatą, jednak nigdy dotąd nie padało aż tak długo. Jednak miało to też plusy bo tegoroczna trasa była bodajże najtrudniejsza z dotychczasowych, łącznie mieliśmy do pokonania 3000 m w górę. Gdyby tego dnia dopiekało słońce a temperatura przekroczyła 30 byłoby znacznie trudniej. A tak był przyjemny chłodek, strome podejścia szły sprawnie, nawet niektórym ta pogoda się podobała…😝

Z Prudnika na Pradziada wędrujemy już od 12 lat. W 2011 r. komandor rajdu Andrzej Dereń poprowadził niewielką grupę 20 wędrowców na szczyt Pradziada i tak trwa to do dziś. O historii rajdu pisałem więcej przy okazji relacji z ubiegłorocznej 10 jubileuszowej edycji, jeśli ktoś jest zainteresowany odsyłam tutaj.  

Organizatorami rajdu są PTTK Odział Sudetów Wschodnich w Prudniku oraz Tygodnik Prudnicki. Portal „Góry Opawskie” nad wydarzeniem sprawuje patronat medialny.😊

Mapa trasy: 


RELACJA I ZDJĘCIA TYGODNIKA PRUDNICKIEGO: LINK
WSZYSTKIE MOJE ZDJĘCIA: LINK 
WSZYSTKIE MOJE RELACJE Z POPRZEDNICH EDYCJI RAJDU (od 2014 r.): LINK
STRONA ORGANIZATORÓW: LINK
Do zobaczenia! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Góry Opawskie , Blogger